Wiersze
Tomasz Lendzian
SZTORM
Wiatr w żagle dmucha, Słońce wschodzące,
morza opowieść początku z końcem.
Fale bełkoczą o sinej dali,
przestrzeń przygody, wanty ze stali.
Dziób kroi wodę, płynie przed siebie.
Spokój natury, chmury na niebie.
I nic nie mąci ciszy komfortu,
aż zagrzmi z niebios alarm Beauforta.
Burza strzeliła piorunem w fale,
lecz dłoń na sterze kurs trzyma stale.
Morze pęcznieje, to znów opada,
wiatr coraz mocniej… deszczu kaskada…
Żywioł wciąż szybciej wzbiera swą siłę,
aby uderzyć w łupinki bryłę,
by ją przykryła czerni powłoka,
by pochłonęła ją toń głęboka.
Grzmot, wycie wichru, obłędny taniec,
napór jak w bitwie, ostatni szaniec.
Żagiel zerwany, choć maszt się ostał,
sztorm gna przed siebie jak diabła postrach.
Kadłub oszalał pnie się do góry,
a potem w przepaść i znowu w chmury.
Ktoś rozpaczliwie roluje foka,
choć góra wody podmywa pokład.
Fala i piana zalewa oczy,
bezwładny bagaż w czeluść się stoczył.
Żywi kurczowo trzymają liny,
choć przerażeni, są z twardej gliny.
Wiatr dmie, deszcz smaga, dłoń wciąż na sterze,
by przemóc napór, by wytrwać w wierze!
Sześć godzin trwała nierówna walka;
potem – jak w życiu – nastała flauta.
Zerwany żagiel zwisa żałośnie,
zaś wszyscy żywi patrzą bezgłośnie…
Ktoś się przeżegnał, ktoś cicho płacze
patrząc w otchłani życie tułacze.
Nagle w tej pełnej napięcia chwili
w jednym momencie siłę odkryli:
przemogli żywioł, nie zatonęli,
wiara przetrwała, diabli nie wzięli…
Groźna przyroda, jakby w nagrodę,
daje im cuda na niepogodę:
zachodu Słońca widok krańcowy –
widnokrąg blednie – pomarańczowy.
Potem powiała bryza nieśmiała,
jak uśmiech losu, nadzieja wstała.
Fale bełkoczą o sinej dali,
skąd przypłynęły, tym co przetrwali.
Tomasz Lendzian
MODERNISTYCZNA ROMANTYCZNOŚĆ
Słuchaj dzieweczko, ona nie słucha!
Ten dom? Miasteczko żywego ducha?
A co tam w ręku trzymasz przed sobą?
Biały ekranik z treścią ubogą?
Chcę porozmawiać, słuchaj dzieweczko,
kim jesteś, skąd wiesz gdzie miasteczko?
Ona zawzięcie w ekranik stuka,
i nic nie widzi, żywego ducha.
Pisze na fejsie bez ortografii,
pisze zaciekle na chybił-trafił:
messenger, e-mail, wszystko po trochu,
aż dnia brakuje, sekundy w prochu.
Stoi na stacji lokomotywa,
ciężka ogromna i pot z niej spływa.
Ona nie spojrzy, nic ją nie bawi.
Internet czas jej i myśli trawi.
Słuchaj dzieweczko, ona nie słucha!
Zobacz, że leci ku tobie mucha…
Ona nie spojrzy, ręką odgoni,
ciągle ten fejsbuk, klikanie w dłoni.
Nie ma w niej życia, ikry, zabawy,
nie dotrzesz do niej przemową z trawy…
Przyjemniejszego cóż będzie dla niej?
Seks przez internet? Seks przez klikanie!
Na świat obojętna zimnem cyfrowym,
poziomem ruchu subatomowym,
ciało zastygłe nawet w joggingu,
smartfon ma w oczach podczas treningu.
Czerń okularów, twarz nieruchoma,
żadnej mimiki, duszy zasłona,
przebodźcowaniem mózg zamulony,
uczucia stygną od tej zasłony.
Wszystko musi być pod kontrolą,
nawet gdy wszystkie zęby rozbolą.
Jest jak ze sklepu towar do wzięcia:
emocje? pociąg? e-nteligencja!
Zamknięty kokon zwartych przyjaźni,
nic ją nie boli i nic nie drażni.
Pod jednym dachem mini-rodzina,
tak świat swój kończy, nic nie zaczyna.
Kiedy już zaśnie, smartfon przy głowie.
Kiedy chce mówić, klika, nie powie!
I w toalecie telefon w dłoni,
pogoń na maile, maile w pogoni!
Rano gdy wstanie czas na śniadanie.
Telefon w dłoni ciągle ją goni…
Autem do pracy, dłoń-kierownica,
kciukiem zaś klika wolna prawica.
Siedzi przy biurku lokomotywa,
kieruje ludźmi, pot z niej nie spływa.
Ostra jak osa, dystyngowana,
piękność z żurnala odmalowana.
Tomasz Lendzian
WARSZAWA
Warszawa – modernistyczne miasto:
korki, tłok, wszędzie ciasno…
To ekosystem naszego wieku,
gęstwina z zewnątrz wewnątrz w człowieku.
Migawki spotkań, przelotnych zdarzeń,
płytkość emocji, popioły marzeń,
niepewność jutra, ulotność chwili,
niepamięć o tych co się zgubili.
Znaki drogowe, dróg skrzyżowania,
wszędzie splątanych nie do poznania.
Postęp, kamery, inwigilacja,
witryny reklam – kupna kreacja.
W galeriach handlu tłumów radiacja,
w sąsiedztwie bloków atomizacja.
Kościoły ledwo widać z rozpaczy
wrośnięte w ziemię u stóp drapaczy.
Kebab, kawiarnie, nocą kasyno,
erzac zabawy, upojne wino.
Godziny pracy już bez limitu,
głód dominacji jak z dynamitu.
Internet, laptop, w pośpiechu spacja,
telefon w ręce – dróg nawigacja.
Pizza na obiad, nocna kolacja
z pudełek dieta, kalorii racja.
Drogi z asfaltu, place z kamienia,
domy z betonu, śmierć od niechcenia.
Zdawać się może więzienne mury,
ponad którymi Pałac Kultury…
Lecz przez Warszawę Wisła wzdłuż płynie,
moc litrów wierszy w każdej godzinie.
Czy ktoś ją dojrzy, kogoś rozczuli?
Tysiące spojrzeń – pszczoły bez uli…
Straciła piękno z władzy pieniądza,
straciła cnotę, bo pcha ją żądza,
lecz nie straciła życia historii
dla przyszłych sierot powstań wiktorii.
Bo to jest jednak Polski stolica,
wszystkich rodaków życia oblicza,
pragnień i dążeń to kłębowisko,
plag oraz planów polskie ognisko.
Samotni wdowcy, wdowy samotne
single, singielki, pary niemodne…
Gdzieś z rzadka wózek dzięcięcy pchany,
gwar dzieci głuszy pies rozszczekany.
Lecz pod skorupą żar uczuć tętni,
wygasły wulkan wybuchnąć chętny…
Komu dzwon bije w naszej Warszawie…
Obcym szydercom, czy polskiej sprawie?
Tomasz Lendzian
NASZA KLASA
Czas się zatrzymał w przeszłości klasie.
Spoczął, nie płynie, jak na Parnasie.
Przez lat czterdzieści bez znaku życia,
przepaść i góra nie do zdobycia.
Lecz nagle znowu los coś połączył,
czas jest jak iskra na styku łączy.
Młodości skrzydła, znajome twarze,
trochę zmienione, z wyglądu starzej…
Paweł, Małgosia i Honorata…
I kumpel z ławki, Jacek brat z brata.
Robert kolega, Staszek wspaniały.
To stara klasa, stare kawały.
Ich rysy pamięć odtwarza stale,
czas się zatrzymał, odkrywam dalej…
Te same gesty, te same słowa,
wszystko znajome, lecz znów od nowa.
Radość, że znowu jesteśmy razem,
tak jak za młodu, jak w szkolnej ławie.
Dawne urazy niepamięć kryje,
bliskość przyjaźni od nowa żyje.
I jeszcze Artur, Poldek jak dawniej,
Ali spojrzenia – chłopców westchnienia…
Sławek rozbójnik, Maciek zabawny,
Grzesiek gdzieś z boku, wspomnień czar dawny.
Wspomnienia żyją, czas się zatrzymał,
rządkiem za rączki klasa się trzyma.
To podstawówka, najmłodsze życie,
czas się już cofa w pamięci skrycie.
Czas się zatrzymał, nie płynie wcale,
nie jest jak rzeka, jak morskie fale.
Pamięć odkrywa zaprzeszłe drogi,
każda początkiem, choć bolą nogi.
Czas się zatrzymał, sączy się wino,
lepsze im starsze, krople wciąż płyną.
I drążą kamień, ciągle bez końca,
koniec początkiem nowego Słońca.
Tomasz Lendzian
BIAŁOGŁOWA SIWA
Ojczyzno moja, Białogłowo Siwa!
Tyleset lat na głowie Twojej spoczywa.
Postarzały Cię tysiącletnie dzieje…
Bez Ciebie, ach, gdzie się dusza moja podzieje?
Serce Twoje piękniejsze z włosem siwym
niźli z młodości obliczem nad-urodziwym.
Tysiąc lat, wieków najlepsze wino…
Najukochańsza Matko! Córko! Dziewczyno!
Liryka dzisiaj jest salonowa,
wzbrania dobierać gorące słowa.
Lecz ja nie umiem kochać półcieniem…
Kocham Cię Polsko słowa krzyczeniem!!!
Kocham Polskę nie tylko słowem silnym,
kocham półcieniem subtelnie stabilnym:
pejzarze każdego zakątka ziemi
barw tworzą krajobraz drgających półcieni.
Niech najpierw Bieszczadzkie Anioły grają,
co są w podkarpackiem zieloną zgrają.
I Małopolska blisko, tu zamek Wawel,
historii stolica, smok, Krak i Tatr Babel.
Znasz-li lubuskie, zagłębie liściaste,
gdzie korytarze podziemne kanciaste?
Opodal opolskie gra festiwalem,
nut polskich stolica brzmi stolic hejnałem.
Pomiędzy dolnośląskiego perełka
zwycięstwa Racławic to bohaterka.
Śląsk na wschód: nie tylko tam czarne złoto,
królowej Wisły źródło bije ochotą.
Płynie królowa wzdłuż-wszerz do Warszawy.
Polski to serce wiąże tu polskie sprawy.
Więc do Mazowsza – płasko-daleko – płynie,
do serca Polaków łza w każdej rodzinie.
A Wisła szemrze, Kujawy przenika,
gdzie Toruń rodzinny gród Kopernika.
I dalej w Gdańsku się topi w Bałtyku;
tam Westerplatte jest nasze w pomniku.
Stąd krok na zachód, na plaże słoneczne,
Pomorza, Odry bogactwo odwieczne.
Na wchodzie gwiazd Frombork oraz Mazury:
tysiące jezior, żagle, wiatr oraz chmury.
A jeszcze lubelskie się przypomina:
Unia, Kodeń – błogosławiona wina.
Stąd przeskok do Łodzi, fabryk kolebki:
galerie, zakupy jak damskie torebki.
A w świętokrzyskim „Raj” wszystkim się marzy
i dwór w Oblęgorku – mekka pisarzy.
Podlasie na koniec, choć przedni to kraj:
żubr, Białowieża, gaj, drukarz i czuj-czuwaj.
Kraj mój to statek z flagą biało-czerwoną,
z przyszłością przeszłości dumą zamgloną…
opłotki znajome, miejsca minione,
i cztery pory roku biało-czerwone.
Tomasz Lendzian
BACIARSKIE ANDRZEJKI
Na prywatce u Andrzeja
parkiet zdarty jest do zera;
drą go szpilki i lakierki.
W przerwach wódka i cukierki.
Trwa balanga od wieczora,
co niektórzy już od wczoraj.
Przyszli goście od sąsiadów
z wódką przepić miast obiadu.
Andrzej chwieje się na nogach,
tańczy pod nim już podłoga,
bo do wszystkich dziś przepijał
i nikogo nie omijał.
Drugi Andrzej wraz z sąsiadem
przyszedł z bimbrem na biesiadę.
Pije Andrzej do Andrzeja,
nikt już w słowach nie przebiera.
Pierwszy Andrzej skacze kozła.
Nikt nie może go tu poznać;
taki jest dziś zadzierzysty,
wypił ćwierć za dużo czystej.
Drugi Andrzej też doskoczył,
wpadł na parkiet tłum ochoczy,
wszyscy ryczą już ze śmiechu,
aż w osiedle poszło echo.
Donos poszedł na te bale.
„Przyjechały na sygnale
niebieściutkie cztery lale
i kumkają, że są żale”
Jeden Andrzej się postawił,
drugi żachnął się na żaby.
Chcieli zamknąć dwóch Andrzejów,
tłum ich schował jak złodziejów.
Stoją gliny na parkiecie:
– Gdzie jest Andrzej? co? nie wiecie?
Dwóch Andrzejów się wymknęło
na imprezę w strefie zero.
Strefa zero jest za rogiem,
Trzeci Andrzej tam jest bogiem.
Ma piwnicę zamykaną,
tu się smerfy nie dostaną.
Na imprezie u Andrzeja
parkiet zdarty jest do zera.
Co się działo u Trzeciego?
opowiadać strach kolego.
Tomasz Lendzian
BYĆ POETĄ
Być poetą, nosić buty sprzed ćwierć wieku.
Być poetą w samotności i w człowieku.
Wielbić Boga, darzyć ludzi, nie marudzić.
Najważniejsze: czytelników nie zanudzić.
Być poetą – świecić dziurą na portfelu.
Być poetą – takich teraz jest niewielu.
Zadłużonym być po uszy, to normalne.
Mieszkać kątem u kolegi, niebanalne.
…na gitarze grać od rana
po południu pić szampana
a po nocach niestrudzenie
pisać wiersze jak marzenie…
Być pisarzem, to zadanie poważniejsze.
Być pisarzem, pisać książki najładniejsze.
Pleść fantazje, lecz nie brednie, pleść marzenia,
radość tworzyć, duszy w popiół nie zamieniać.
Być pisarzem – mieć natchnienie do artyzmu.
Być pisarzem – mieć pomysły do komizmu.
Czarodziejsko tajemnice pleść sekretne
i ubierać rzeczywistość w suknie kwietne.
Czytelnikiem zostać stałym, czytać wiernie.
Czytać piękno, chwalić książki, lecz nie mierne.
Mnożyć przyjaźń zapatrzonych i autora:
wiosna, lato, zima, jesień, każda pora.
Prawy autor tylko wdzięcznie pisać będzie;
zapatrzonych w jego twórczość tym zdobędzie.
Wdzięczność wspomnieniami twórcę w laur ozdobi,
stare dzieje, baśnie, klechdy w duszy złowi.
Tomasz Lendzian
CHOINECZKA WIGILIJNA
Przyszła z boru choineczka,
jak panienka jest w szpileczkach.
„Pachniesz śniegiem, pachniesz lasem,
aleś trochę krzywa w pasie”.
Choineczka się spłoniła,
jedną nóżkę postawiła,
przyoblekła się w lampiony,
w pasie łańcuch przewieszony.
Już wieczerza jest gotowa,
pachną szpilki, szumią słowa
życzeń nowych, choć tych samych,
jak przed rokiem wszystkim znanych.
Potraw na stół dwanaścioro,
i rodzina jest wokoło.
Jakoś nikt dziś się nie kłóci,
jakoś nikt dziś się nie smuci.
Tylko w kącie choineczka,
sama stoi w swych szpileczkach.
Moc prezentów pod jej nóżką,
czeka na czas przed poduszką.
Gdy prezentów czas przeminie,
o północy noc zaginie;
betlejemska gwiazda płonie,
na pasterkę jadą sanie.
Choineczka pozostała,
zerknąć w lustro sobie chciała…
Wcale w pasie nie jest krzywa…
„Ha, gospodarz mnie podrywa!”
„Spodobała mu się talia?
może nóżka?”. Didaskalia:
nie wie smukła choineczka,
że najładniej jej w szpileczkach.
Tomasz Lendzian
DZIEŃ DZIADKA
Zostań dziadkiem z łysą głową: to szczyt marzeń!
Byś nie poczuł, że wyglądasz coraz starzej,
grono wnucząt rozwesela stare myśli.
Taka starość się dziadkowi zawsze przyśni!
Na fotelu w kapciach starych siedzi dziadek
opowiada jak za młodu dawał radę!
Z pobłażaniem opowieści młodzież słucha,
lecz ciekawość pieści ucho bajką ducha.
Babcia kręci się po kuchni przy makutrze:
nowe ciasto, w starym stylu młodym utrze.
Okulary zsunie z nosa słysząc bajki,
nie zaprzeczy, tylko słucha dymu z fajki…
…jak ratował w dawnych czasach babcię młodą,
gdy nastawał na nią Zdzichu gdzieś nad wodą…
pyk, pyk… z fajki buja dziadek opowiastkę,
jak porywał babcię z domu dając gwiazdkę.
W babci oczach kap, kap… wspomnień łzy stanęły,
gdy wspomnienia nad makutrą górę wzięły,
dni i nocy pełnych szczęścia nieprzespanych,
i igraszek, sprzecznych z cnotą, zakazanych!
O tych igrcach nie wspomina dziadek wcale,
opowiada jakie dawniej były bale.
Jak z księżniczką szedł on z babcią do ołtarza;
młodzież śmieje się, że dziadek się powtarza.
A gdy z babcią pozostali wreszcie sami,
wnuki z dziećmi odjechały już autami…
Przytuliła babcia dziadka śmiechem cichym:
oj, staruszku, bajarz z ciebie jest nielichy.
Taki zawsze byłem cały,
że się bajki mnie trzymały.
Nową bajkę dziś opowiem:
jak za młodu tryskam zdrowiem;
bo choć sił i zdrowia braknie,
moja dusza bajek łaknie…
…sensem życia mego bajki bajać,
przed niemocą, smutkiem się nie kajać.
Tomasz Lendzian
DZIEŃ WSZYSTKICH ŚWIĘTYCH
Płomień pochylił się w ciszy milczenia;
powoli wynurzył ze światło-cienia,
spośród wieńca kwiatów bladych jak płótno –
– chryzantem milczących, że też im smutno.
Wieniec modlących się, zastygłe twarze,
w listopadowy dzień przy grobach razem.
Te prośby za duszę i ciało z prochu
wciąż płyną z ziemi po trochu, po trochu…
Gdy zamyślony ktoś w górę spojrzy,
liście skądś spod nieba lecące dojrzy.
Jeden z tych liści do znicza się zwrócił,
spadł w cichej modlitwie, ogień zakłócił.
Zawahał się płomień liściem muśnięty,
wynurzył zza wieńca chryzantem ciętych.
Chybotał na wietrze już słabowicie,
dogasał powoli jak ludzkie życie.
Dogasał powoli w Dzień Wszystkich Świętych,
w zadumie modlitwy, cichy, zwiędnięty.
Dogasał powoli na oczach ludzi
zastygłych w nadziei, że się obudzi…
Tomasz Lendzian
OJCIEC
Przestrzeń – hologram nieskończoności!
A czas jak lustro: przyszłość z przeszłości!
Proch sam nie powstał, życie powstało,
Mózg informacji których wciąż mało.
Geniusz Einsteina z próżni kosmosu?
Pustka atomów kowalem losu?
Przypadek działa, samotny starzec?
Utworzył wszechświat, równonoc, marzec?
Jaźń świadomości – z ciała – bez masy?
Piękno bez twórcy najwyższej klasy?
Dobro bez duszy, dusza bez wiary?
To przez przypadek, głupi lecz jary?
Logika znika pośród chaosu
gdy nie ma cienia w pustce kosmosu.
Samotny człowiek – śmierć z boku stoi –
walczy ze zjawą, chleb życia kroi.
Pokona człowiek śmierć w samotności?
Ogniem niewiary? Bajką miłości?
Czy sam uniesie kosmos na barkach?
Utonie w pustce! Potrzebna arka!
Tak się przytulnie na Ziemi żyło,
zerwał Kopernik zasłonę miłą,
i przeszył niebo geniuszu dzidą…
…wiem, że nic nie wiem…wszechświat jak widmo…
Nad całym światem cień Ojca krąży,
człowiek chce sięgnąć, ale nie zdąży.
Podniesie oko, cienia już nie ma,
nie sięgną w górę puste spojrzenia.
Cień krąży także nad ludzkim morzem,
jak tylko zechce komuś pomoże.
A jak nie zechce kogoś odrzuci,
jeden upadnie, drugi zawróci…
Tomasz Lendzian
RANDKA
Gadka, szmatka i zagadka,
bajer-power, „Zakopower”.
Kocha lubi i szanuje,
nie chce, nie dba czy żartuje?
Jak wyglądać? Jak sportsmenka?
Ubrać szpilki czy czółenka?
A sukienka? Włożyć mini,
czy do ziemi? Jak to skminić?
Z drugiej strony: być na luzie?
Ubrać krawat? Zgolić buzię?
Czy zarostem zauroczyć
nawet sosnę? Czym zaskoczyć?
Kino-plaża-nocny spacer…
Pocałować czy dziękować?
Czy przytulić czy się skulić?
Czy da usta czy nie wpuszcza?
Być zuchwałym czy wspaniałym?
Pożartować czy smarować?
Być zalotną czy też psotną?
Podać usta czy nie wpuszczać?
Co tu zrobić gdy zależy?
Szachy, puzzle, zgadywanka,
klocki lego, układanka.
To nie żarty: to jest randka!
Tomasz Lendzian
ŻYCIE POWINNE
Życie wędrowne, życie podróżne,
życie na szlaku, drogi są różne…
Życie na wiosce, życie powiecie:
drogi są różne, to duszy kwiecie.
Życie jest jedno – nauczycielem,
wymaga dużo, daje niewiele.
Życie jest czyste jak struga wody,
życie jest brudne gdzie kość niezgody.
Jak zmarnotrawić połowę życia,
gdy się nic nie ma? nic do zdobycia?
Życie wędrowne, życie podróżne,
krew tętni w żyłach, życie niepróżne.
Życie jest sensem oraz jest celem,
życie marzeniem i przyjacielem.
Życie w kopalni, życie na górze,
życie w okopach, w kościelnym chórze.
Oczekiwanie na życia wiersze,
krew tętni w żyłach, to jest po pierwsze.
Po drugie: kwiecie, całego życia,
sens wiosny marzeń, nic do ukrycia…
Tymczasem kwiecie martwej natury,
biologia życia, nie płynie z góry;
nie płynie z dołu – życie jest faktem.
Życie od zawsze nie jest przypadkiem.
Życie w rozterkach, ból łzy gdzieś w sercu,
życie w kolebce, ślubnym kobiercu.
Życia początek, to spazm rozkoszy,
to ból narodzin, kolebka noszy.
To jest celowe, świadomość celu:
wie to sam Pan Bóg, wie to niewielu!
Wybrani tylko, widzą że sensem
życia marzenia, nie są nonsensem.
Życie wystawne, życie próżniacze,
lub życia bieda, jakże inaczej.
Bieda jak szczęście, szczęście jak życie,
życie jak miłość, to jest odkrycie!!!
Życie pod Słońcem, życie po psem,
życie jest dobrem, bo nie jest złem,
marzenie dobra – nienawiść zła,
życie bez Boga – życie bez dna!
Życie wędrowne, życie podróżne,
życie na szlaku, drogi są różne…
To się powiela, choć każde inne.
Życie niezłomne, życie powinne.